Księga Gości:

|wpisz się|

Archiwum

2012
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2011
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2010
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2009
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2008
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień 
Marzec 
Luty 
Styczeń
2007
Grudzień 
Listopad 
Październik 
Wrzesień 
Sierpień 
Lipiec 
Czerwiec 
Maj 
Kwiecień

Linki
Variel

Varda

Lilia

Ethan

Leth




Layout:
Arinae Mystery
Zdjęcie: CausticStock


godz: 00:58 data: 2010.06.26
26 czerwca

Padało już od tygodnia, niemal bez przerwy. Deszcz miarowo uderzał
o szyby, wystukując swoją monotonną melodię. Za oknami było szaro, ciemno i ponuro.
Pogoda zniechęcająca do opuszczenia własnego pokoju, a jednocześnie wprost idealna do czytania starych legend w towarzystwie parującego kubka herbaty. Najwyraźniej jednak nie dane mi było poświęcić się całkowicie tej rozrywce.
Drzwi otwarły się z hukiem, uderzając o ścianę.
- Cahiiir…
- Co? – spytałem, podnosząc głowę znad książki. Ethan patrzył na mnie z czarującym uśmiechem, migoczące płomienie świec odbijały się w jego oczach. Objął mnie delikatnie ramieniem.
- Sprawę mam – oznajmił.
-Jaką?
- Bo widzisz…Val dziś wieczorem wybywa na Ziemię i wraca dopiero jutro, a mnie Irmandil dowalił tyle roboty, że masakra.
- Iiii…?
- Popilnujesz dziś Carlotty?
- A opiekunka?
- Ma dzień wolnego.
Westchnąłem ciężko.
- Zgoda.
Roześmiał się, pocałował mnie i już go nie było. Odłożyłem książkę.
Bogowie…Przecież ja w zasadzie nawet nie lubię dzieci.

***

Carlotta patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi, poważnymi oczami, tak podobnymi do oczu Ethana, a jednocześnie o wiele chłodniejszymi.
Z drobnymi, bladoróżowymi usteczkami i burzą czarnych loczków wyglądała jak mała, słodka laleczka, jednak w jej spojrzeniu było coś takiego…niepokojącego. Małe dzieci nie powinny patrzeć w ten sposób. Może właśnie dlatego czułem się w jej towarzystwie nieswojo.
Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, na czym polega pilnowanie dzieci
i co powinienem zrobić, więc po prostu wziąłem ze stołu plik kartek papieru i kredki, podałem je małej.
- Zajmij się sobą jakoś – mruknąłem i wycofałem się na bezpieczną pozycję w kącie pokoju, gdzie spokojnie mogłem wrócić do przerwanej wcześniej lektury.

***
Coś nie dawało mi spokoju.
Podniosłem głowę znad książki i od razu natrafiłem na przenikliwe spojrzenie Carlotty. Mimowolnie zadrżałem. To dziecko potrafiło być przerażające.
Odłożyłem pożółkły tom na bok, podszedłem do małej i usiadłem naprzeciwko niej na podłodze.
- Przestań tak na mnie patrzeć – jęknąłem – Czemu ty nie możesz spokojnie zająć się sobą, jak każde normalne dziecko? Narysuj kotka, pieska, domek…cokolwiek! Nie wiem co dzieci w twoim wieku rysują.
W odpowiedzi przekrzywiła tylko nieco głowę, ani na chwilę nie spuszczając wzroku. Po chwili uniosła rękę i oskarżycielskim gestem wycelowała we mnie jeden ze swoich małych paluszków. Na dnie jej oczu czaiło się coś dziwnego, ciężkiego do opisania, co wywoływało
u mnie stan graniczący niemal z paniką. Mój umysł zalewały myśli, które do tej pory czaiły się niewypowiedziane i niesprecyzowane gdzieś w najdalszych zakątkach mojej psychiki. Miliony myśli, tysiące wątpliwości, wyrzuty sumienia. Zamknąłem oczy, aby uwolnić się od jej spojrzenia.
Bogowie…To tylko dziecko. Małe, niewinne dziecko. A ja się jej boję.
Zacisnęła drobną rączkę na kosmyku moich włosów i szarpnęła, jak to dzieci mają w zwyczaju.
Syknąłem cicho i nie do końca panując nad tym co robię zerwałem się z podłogi, wpadając na stojące z tyłu krzesło i razem z nim lądując na posadzce gdzieś w okolicach stołu. Przed oczami zawirowały mi jasne plamy.
- Możesz mi wytłumaczyć, co ty wyprawiasz? – Ethan stał w drzwiach, patrząc na mnie z nieskrywanym zdumieniem. Carlotta natomiast zanosiła się radosnym chichotem, skromnie zasłaniając usteczka dłonią.
- Usiłuję zapaść się pod ziemię – jęknąłem.
Ciche westchnienie, kroki.
Mój ukochany przyklęknął obok mnie, delikatnie dotykając mojego policzka.
- Cahir, co się z tobą dzieje? – spytał łagodnie.
Nie odpowiedziałem. Powoli podniosłem się, wtuliłem twarz w jego ramię, czując jak stopniowo zalewa mnie fala spokoju. A potem gdzieś mojej głowie zamajaczyło wspomnienie oskarżycielskiego spojrzenia Carli. Gwałtownie wstałem, ruszyłem w kierunku drzwi.
- Muszę już iść – rzuciłem krótko i już mnie nie było.

***

Kolejny dzień upłynął mi na rozmyślaniach. W jakiś sposób poprzedni wieczór skutecznie przywołał wszystkie lęki, które od dłuższego czasu bezcelowo starałem się zagłuszyć.
W momencie wróciła niepewność, pewien rodzaj lęku, który w pewnym stopniu towarzyszył wszystkim moim decyzjom.
Bo tak naprawdę…Co ja właściwie najlepszego robię? Prawda jest taka, że Ethan ma żonę i dziecko. A ja…ja w pewien sposób to wszystko niszczę. Ingeruję bezczelnie w ich życie, żeby zaspokoić własne, egoistyczne zachcianki. Valentine jakoś to znosi. Ale Carlotta? Bogowie, przecież ona niedługo zauważy, że coś jest nie tak. Ona już teraz to zauważa.
Jakie ja mam prawo, by niszczyć jej rodzinę, zatruwać jej dzieciństwo? Co potem z tej małej wyrośnie?
Westchnąłem cicho i wyszedłem z pokoju. Bezcelowe błąkanie się po korytarzach pałacu w jakiś sposób trochę mnie uspokajało. Może przez tą wszechobecną ciszę, panującą tu od kiedy Lethean i Lilia wybrali się na małe wakacje do Kryształowego Miasta. Życie tutaj chwilowo zamarło, wszyscy pogrążyli się we własnych sprawach. Tylko czasami echa głośniejszych rozmów odbijały się w korytarzach, docierając do uszu przypadkowego słuchacza.
Zatrzymałem się przed jednymi z bogato zdobionych drzwi, ledwo rejestrując, że prowadziły one do gabinetu Irmandila. Nie mając nic lepszego do roboty oparłem się o ścianę i przymykając oczy zacząłem nasłuchiwać, co dzieje się w pomieszczeniu.
Szmer papierów. Szepty. Monotonne pytania. Odpowiedzi.
Standardowa, nudna rozmowa kwalifikacyjna. Najwyraźniej znów się ktoś przybłąkał
z nadzieją, że dostąpi zaszczytu dostania się w szeregi naszych szpiegów. Przychodzi takich wielu, w większości podejrzane typy prosto z ulicy, nie mające nawet pojęcia o tym zawodzie, albo smutni chłopcy o wyglądzie smętnych urzędników, którzy tego pojęcia mają jeszcze mniej. Ciekawe, kto tym razem…
Szuranie krzesła. Odmowa. Kroki.
Oderwałem się od chłodnych kamieni udając, że tylko przypadkiem przechodzę nieopodal. Drzwi otwarły się niemal w tej samej chwili, ukazując moim oczom pechowca, który nie znalazł dziś zatrudnienia. W pierwszej chwili w oczy rzuciła mi się postrzępiona, wyblakła peleryna w odcieniu niegdyś pewnie w odcieniu ciemnego bordo, teraz wypłowiała od słońca. Spod niej wystawał skraj czarnej koszuli, haftowany w jakieś dziwne, jaskrawe wzory i kołysząca się przy równie pstrokatym pasku zmaltretowana, skórzana torba.
Właściciel tego osobliwego stroju rzucił mi przelotne spojrzenie, odgarniając ciemnorude włosy z oczu, a może raczej oka, bo drugie zasłonięte było brązową przepaską, po czym bez słowa ruszył w kierunku wyjścia z pałacu, zostawiając mnie w stanie totalnego osłupienia.
Po kilku chwilach trwania nieruchomo przy drzwiach ruszyłem za nim, tknięty jakimś niejasnym przeczuciem.
- Czekaj! – zawołałem, doganiając go w połowie korytarza.
Odwrócił się powoli, jednak nie odezwał się.
- Eee…Więc, no… - wykrztusiłem niepewnie – Ja…ja chyba cię znam. To znaczy…nie znam, ale kojarzę.
- Doprawdy? – spytał grzecznie. Głos miał niezwykle cichy i łagodny, a jednocześnie nie zdradzający żadnych emocji.
- Kiedyś chyba widziałem cię w Akademii. Raz, tak przelotem. Profesor potem nam tłumaczył, że jesteś bliskim znajomym generała Aelina i czasem pomagasz mu zdobywać jakieś informacje.
- Mhm.
- Starałeś się o pracę u Irmandila, prawda?
- Tak.
- Nie przyjął cię? – zdziwiłem się.
- Jak widać.
- Dlaczego? Przecież…
- Brak odpowiednich kwalifikacji – przerwał mi – I pewnie kilka innych rzeczy – nieśmiało musnął palcami przepaskę na oku.
- Mogę z nim porozmawiać, może zmieni zdanie.
- Dziękuję, ale to chyba nie ma większego sensu. Muszę już iść.
Jak gdyby nigdy nic ruszył w kierunku wyjścia.
- A…Zaczekaj! – zawołałem za nim – Spotkamy się jeszcze?
- Skoro tego chcesz, Cahirze Nakai… - odpowiedział cicho. Na jego ustach zamajaczył grymas, który chyba można by nazwać lekkim uśmiechem. A potem zbiegł po schodach, znikając w bramie, zanim zdążyłem chociażby zdziwić się, że zna moje imię.

***

Wieczorem dostałem list. Drobne litery układały się w dwa słowa. Połowa Księżyca.
Mając cichą nadzieję, że słusznie kojarzę tą nazwę z niewielką karczmą w pobliżu centrum miasta, porwałem torbę i wypadłem z pokoju, w drzwiach wpadając na Ethana.
- Przepraszam, ale mam już plany na dzisiejszy wieczór! – zawołałem w biegu i ruszyłem do wyjścia.

***

Spojrzałem na kołyszący się nad moją głową szyld. Ciemna sylwetka pod latarnią, nad jej głową półksiężyc. W tle budynki. I wypisana zacierającymi się literami nazwa.
Utwierdzając się po raz kolejny w przekonaniu, że to na pewno tutaj, nacisnąłem klamkę
i wszedłem do środka. W momencie otoczył mnie ciepły półmrok, rozjaśniony jedynie rozedrganymi światełkami kolorowych lampek. W powietrzu unosił się duszny zapach kadzidełek. Karczmę wypełniał charakterystyczny zgiełk, wzbogacany od czasu do czasu wybuchami śmiechu i stukaniem kufli piwa o blaty stołów. Gdzieś na drugim końcu sali ktoś śpiewał zupełnie mi nieznaną piosenkę, ku uciesze pozostałych gości. Wciąż stojąc
w drzwiach rozejrzałem się niepewnie.
- Nie gap się tak, zwracasz na siebie uwagę – rozległ się szept tuż koło mojego ucha – Wtapiaj się w tłum, nie wyróżniaj się.
Mój nowy znajomy pojawiając się znikąd poprowadził mnie wzdłuż ściany do małego stolika stojącego w kącie. Usiadłem, nieco oszołomiony atmosferą miejsca, w którym przyszło mi się znaleźć. Dosłownie w tym samym momencie obok mnie wyrósł jak spod ziemi karczmarz.
- Co podać? – spytał z pogodnym uśmiechem.
- W…wino – wykrztusiłem pierwsze, co przyszło mi na myśl.
- Już się robi! – zanotował coś w swoim notesie, po czym obrócił się do mojego towarzysza i wycelował w niego palcem – Ciebie nawet nie pytam, masz u mnie takie długi, że chyba do końca życia ich nie spłacisz – oznajmił, po czym odmaszerował do innego stolika.
Mój znajomy westchnął tylko, wbijając wzrok w blat stołu.
- Umm…Zamów coś, ja zapłacę – zaoferowałem, mając nadzieję, że się nie obrazi.
- Litości…Znamy się zaledwie od kilku godzin, nie mogę zaczynać znajomości od długów – jęknął.
- To nie będzie dług, nie musisz oddawać, naprawdę!
- Dziękuję, ale nie.
Zapanowała niezręczna chwila ciszy. Czułem się nad wyraz głupio i nie na miejscu, w dodatku milczenie wydawało mi się jeszcze bardziej niestosowne, a żaden sensowny pomysł zaczęcia rozmowy nie pojawiał się w mojej głowie. Poczułem, że się czerwienię.
- J…jak ty właściwie masz na imię? – wypaliłem w końcu, doznając nagłego olśnienia.
Spojrzał na mnie badawczo, opierając głowę na dłoni. Wyraz jego twarzy wciąż pozostawał tak samo nieodgadniony.
- Zadajesz trudne pytanie, Cahirze Nakai. Trudne, bo znajomość czyjegoś imienia daje władzę nad tą osobą…
Jęknąłem w duchu. Nie mam dziś szczęścia do taktownych rozmów.
- …jednakże ja nie do końca wierzę w te brednie – dokończył – Mam na imię Caerdin.
- Ładnie.
- Imię jak imię. Normalne. Opowiedz mi coś o mieszkańcach pałacu, proszę.
- Zaraz… Po co ci takie informacje?
- Nie ufasz mi do końca - spojrzenie czekoladowego oka wyrażało aprobatę – Bardzo dobrze. Widać, że jesteś czujny, analizujesz co się do ciebie mówi. To się ceni. Ale ja nie chcę informacji. Powiedzmy, że…nie jestem na bieżąco z polityką. Chcę wiedzieć, co się zmieniło.
- To zależy, co dokładnie chcesz wiedzieć.
- Biała Czarodziejka. Teraz jest nią ta cała Lilia, tak?
- No…tak.
- Wiem, że uczyła się u Cristal. Radzi sobie jakoś?
- Lilia radzi sobie świetnie. Niektórzy mówią, że jest lepsza niż poprzednia Biała Czarodziejka – odparłem nieco urażony jego tonem.
- A…król? Lethean River to ostatnia osoba, którą widziałbym na tronie.
- Na szczęście nie od ciebie to zależy – wyrwało mi się – Czy ci się to podoba, czy nie, nasz król radzi sobie bardzo dobrze wbrew plotkom, które rozsiewają jego przeciwnicy.
Spojrzał na mnie w taki sposób, jakbym co najmniej uderzył go w twarz. Po chwili z dziwnym smutkiem opuścił głowę, wbijając wzrok w blat stołu i nerwowo musnął palcami krawędź peleryny.
- Przepraszam – powiedział cicho – Nie chciałem nikogo obrazić. Po prostu…Lethean, którego znałem był zbyt wolny, zbyt niezależny, by dać się zamknąć w pałacu. Nie spodziewałem się tego.
- Znasz Letheana? – zdziwiłem się.
- Mieliśmy okazję się poznać. Chociaż on pewnie już tego nie pamięta.
W tym momencie naszą rozmowę brutalnie przerwał karczmarz, z hukiem stawiając przede mną kielich wina. Widząc jego naglącą minę, sięgnąłem do kieszeni po drobne i zapłaciłem.
Caerdin w tym czasie wyciągnął z torby niewielką buteleczkę, odkręcił zakrętkę i niemal mechanicznie wypił kilka łyków. W powietrzu zawisł mdły zapach ziół.
- Co to? – spytałem.
- Nic.
- Ale…
- Nic istotnego - rozejrzał się dookoła z ledwo dostrzegalnym zaniepokojeniem, po czym znów rzucił mi kolejne ze swoich nieprzeniknionych spojrzeń – Proszę, opowiedz mi…Opowiedz mi coś.
- Co?
- Cokolwiek. Po prostu mów.


Komentuj(1)


godz: 16:40 data: 2008.01.28
Bohaterem być...

Przez chwilę wpatrywałem się tępo w trzymaną w rękach kartkę, tysięczną już chyba. Raporty, sprawozdania, meldunki. Litery zaczynały mi się powoli rozmywać przed oczami. To niezawodny znak, że muszę wreszcie, chociaż na chwilę, przestać szperać w tych papierach.

Z cichym westchnieniem odłożyłem całą teczkę pełną kartek i karteczek na bok i wstałem, rzucając koc gdzieś na podłogę. Skrzywiłem się nieco.

Temperatury powietrza panujące zimą w Venare są zdecydowanie nie dla mnie.

Z tak niezwykle optymistyczną myślą, wyruszyłem w mrok pałacowych korytarzy. Mój cel nie był daleko, więc kilka minut później, cichutko wślizgnąłem się do przytulnego mieszkanka Ethana i Valentine.

Mój ukochany siedział z ponurą miną przy stole, martwym wzrokiem wpatrując się w parujący kubek herbaty. Oczy miał podkrążone, włosy jakby lekko rozczochrane.

Przycupnąłem na krześle obok, spoglądając na niego w milczeniu.

Z dnia na dzień Ethan staje się coraz bardziej przygnębiony. Mam wrażenie, że on i Valentine powoli zaczynają tracić nadzieję, że Carlotta się odnajdzie. I to chyba sprawia im jeszcze większy ból.

Chciałbym jakoś pocieszyć Ethana, powiedzieć,że wszystko będzie dobrze, ale wiem, że to nic nie da. To mogłoby go tylko rozzłościć. A tego bym nie chciał.

- Arinae ją znajdzie – odezwałem się po kilku długich minutach ciszy – Zamknęła się w swojej pracowni i siedzi nad jakimś zaklęciem.

Spojrzał na mnie, jakby dopiero teraz zauważył moją obecność.

- To coś da? - spytał z rezygnacją.

Delikatnie objąłem go, wtulając głowę w jego ramię. Po chwili odsunąłem się, poważnie spoglądając w te piękne, szarozielone oczy.

- Myślę, że tak. - oznajmiłem z powagą – Lilia nie traciłaby czasu na coś, co nie da rezultatów. Wiesz o tym.

Skinął głową, ale tak jakoś bez przekonania. Przez chwilę przeszło mi nawet przez myśl, że niekoniecznie słuchał, co do niego mówię.
Westchnąłem cicho.



* * *



Drzwi mojego pokoju otwarły się gwałtownie, z łoskotem uderzając o ścianę.

- Cahir!

Przerażona służąca wpadła do pomieszczenia, z trudem łapiąc powietrze.

Spojrzałem na nią znad jakiejś kartki. Po chwili namysłu odłożyłem dokument na łóżko. Delikatnie chwyciłem dziewczynę za nadgarstki, spojrzałem jej w oczy.

- Spokojnie. Oddychaj głęboko, a jak się uspokoisz, to powiesz, co się stało – powiedziałem wolno.

- Bo...Bo...Cahir, tam coś jest...!

- Gdzie? - zdziwiłem się.

- Na cmentarzu przy pałacu! Cahir, ja chciałam powiedzieć o tym pani Lilii, ale nie mogłam jej znaleźć i...

- Spokojnie. Zaraz zobaczymy, co da się z cmentarnym gościem zrobić.



* * *



Służąca patrzyła na mnie jak na zjawę.

- Cahir...To...to naprawdę ty...? - spytała, szeroko otwierając oczy.

- Owszem – potwierdziłem, z zadowoleniem spoglądając w lustro. Ze srebrzystej tafli spoglądała na mnie istota o długich, czarnych włosach i oczach barwy bardzo ciemnej zieleni. Jeden z kamuflaży jeszcze z czasów Akademii. Zawsze lubiłem zaklęcia maskujące.



- Czy nie powinniśmy kogoś o tym poinformować? Może powiemy Ethanowi? - wyszeptała wciąż przestraszona dziewczyna, gdy kilka minut później szliśmy w kierunku cmentarza.

- Nie. Nie zapominaj, że ja też miałem zostać szpiegiem. Poradzę sobie.

Skinęła niepewnie głową, ale nie miała czasu protestować, bo dotarliśmy już do bram cmentarzyska. Tutaj pochowani byli najważniejsi dla państwa. Królowie, królowe, generałowie, Białe Czarodziejki...I kilku bohaterów. Jeżeli ktoś włamywał się w takie miejsce, to musiał mieć ku temu wyraźny powód.

Po kilku minutach zauważyłem ciemną sylwetkę, poruszającą się przy jednym z nagrobków. Zacisnąłem dłoń na zabranym z pokoju orionie i ruszyłem przed siebie.

- Cahir...! - dobiegł mnie zduszony szept służącej – Cahir, nie idź tam, proszę! Nie idź!

- Nic mi nie będzie – uśmiechnąłem się lekko – Wracaj do pałacu.

- Ale...

- To tylko jakiś zwykły amator zwłok. Poradzę sobie z nim.

Starałem się brzmieć jak najbardziej wiarygodnie, chociaż sam nie do końca wierzyłem w to, co mówię. Czarna postać w jakiś sposób napawała mnie lękiem i niepokojem. To nie mógł być 'zwykły amator zwłok'. Nie wyglądał na takiego.

Zatrzymałem się kilka metrów od nieproszonego gościa. Teraz wyraźnie widziałem czarny płaszcz, obszyty srebrzystymi haftami. Ten strój niebezpiecznie przypominał coś, co mógłby nosić czarodziej.

Rzuciłem krótkie spojrzenie na trzymaną broń, po czym z całej siły cisnąłem ją przed siebie. Postać uniosła jedną dłoń i wydała przeciągły syk. Przez ułamek sekundy zdawała się rozpływać w powietrzu, a potem nagle pojawiła się kilka centymetrów ode mnie, lewitując kilka centymetrów nad ziemią.

A jednak czarodziej.

Płonące wściekłością oczy przewiercały mnie niemal na wylot. Z rozdartego rękawa skapywała krew. Więc jednak trafiłem, kto by pomyślał...

- Nie mam pojęcia, co tu robisz, ale wynoś się – powiedziałem, siląc się na spokój. Świdrujące spojrzenie dekoncentrowało mnie. Ten cholerny czarodziej był zdecydowanie za blisko. Wycofałem się nieznacznie.

A on tylko wisiał w powietrzu i się gapił.

- Głuchy jesteś? - rozzłościłem się – Mówiłem, żebyś się wyno...

Nie dokończyłem, bo coś poderwało mnie w górę, po czym z impetem cisnęło o pobliski nagrobek. Jęknąłem cicho z bólu.

Może...może ta służąca miała rację...? Może...może należało iść po Ethana albo Lilię...? Ale teraz już za późno. Teraz trzeba działać.

Albo uciekać.

Rozsądek podpowiadał, że właściwsza byłaby ta druga opcja. Z lekkim trudem podniosłem się i nie spuszczając czarodzieja z oczu zacząłem wycofywać się w kierunku bramy. Nie przeszedłem nawet trzech kroków, gdy odezwał się rwący ból w kolanie. Zacisnąłem zęby i przytrzymałem się jakiejś figury by nie upaść.

Ułamek sekundy później mój umysł zarejestrował kolejne uderzenie w twardą, kamienną płytę. Tym razem osunąłem się bezwładnie w śnieg, a świat ogarnęła ciemność.



* * *



Otworzyłem oczy.

Palące promienie słońca zalewały monumentalne, kamienne schody. Gdzieś w głowie odezwał się tępy ból. Właściwie nie tylko w głowie, ale też w ręce i gdzieś w okolicy żeber. Po chwili również prawe kolano dało o sobie znać, wywołując jasne plamy, latające przed oczami. Świadomość odpływała gdzieś daleko.

- Cahir!

Zaniepokojone, przestraszone spojrzenie brązowych oczu.



* * *



Otworzyłem oczy.

Głowa bolała mnie straszliwie, kolano odrobinę mniej, aczkolwiek równie uciążliwie. Powolutku przyzwyczajałem się do panującej dookoła ciemności. Czułem zapach krwi. Chyba mojej.

Drżałem z zimna. Przez ten cholerny śnieg na cmentarzu, moje ubrania przemokły całkowicie i teraz wszechobecny chłód niemal mnie paraliżował. Oczy zamykały się, całe ciało odmawiało posłuszeństwa. Czułem się fatalnie. Na dobrą sprawę, już chyba lepiej byłoby nie żyć.
Ciszę przerwał ledwie słyszalny szloch, dobiegający z drugiego końca pomieszczenia. Uniosłem nieznacznie głowę, krzywiąc się z bólu.
Nasłuchiwałem.

Po chwili podjąłem niepewną próbę przedostania się w kierunku tego głosiku. Jasne plamy latały mi przed oczami, każdy ruch powodował nową eksplozję bólu gdzieś w głowie. W końcu opadłem bez sił na lodowatą posadzkę, tępo wpatrując się w przestrzeń przede mną.
W bladym świetle księżyca, wpadającym przez brudne okno, widziałem malutką istotkę.

Małą, przerażoną dziewczynkę. Jej drobne ramionka trzęsły się od płaczu, sukienka wyglądała na przybrudzoną i potarganą. Czarne loczki były rozczochrane.

Czarne loczki...Carla!

- Carlotta... - wyszeptałem. Z trudem przysunąłem się nieco bliżej, delikatnie obejmując malutką ramieniem – Carlotta...

Na chwilę przestała płakać, spoglądając na mnie z niezwykłą powagą w oczkach. Drobniutkie usteczka drżały, jakby znów chciała się rozpłakać.

- Nie płacz, kochanie... - powiedziałem łagodnie – Nie płacz malutka...Już dobrze. Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić...Nie pozwolę...

Myśli odpływały gdzieś daleko, gubiąc się i plącząc. Ciemność powoli wypełzała z kątów pomieszczenia, stopniowo odcinając mnie od rzeczywistości.

Komentuj(3)


godz: 23:52 data: 2007.12.14


W pokoju panowała cisza.

Rozkoszne ciepło napływało od strony kominka, zalewając całe pomieszczenie falą rozleniwienia.

Uniosłem głowę znad poduszki, otwierając powoli oczy.

Zegar, stojący na stoliku obok łóżka wskazywał dziewiątą. Dlatego też nieco zdziwiła mnie obecność Ethana w moim pokoju. Już dawno powinien być w pracy, a jednak zamiast tego spał spokojnie, wtulony w poduszkę, oddychając miarowo. Wyglądał tak uroczo...

Ostrożnie wstałem, uważając by go nie obudzić.

Ubrałem się szybko, składając przy okazji rozrzucone po całym pokoju części garderoby. Następnie raz jeszcze spojrzałem na śpiącego Ethana i ruszyłem do kuchni, w celu zrobienia śniadania. Jedyny problem w tym, że moje zdolności kulinarne są na tyle niskie, że wystarczają jedynie, żebym ja sam z głodu nie umarł.

Cóż. Jakoś trzeba będzie sobie poradzić.

Tak cichutko, jak tylko się dało, przetrząsnąłem kuchnię w poszukiwaniu czegoś jadalnego. W końcu, po odnalezieniu kilku jajek zabrałem się za robienie jajecznicy.

- Cahiiir...! - rozległ się jęk z drugiego pokoju – Ja zginę...!

Ze zdziwieniem i lekkim niepokojem wychyliłem głowę z kuchni, spoglądając na ubierającego się w panice Ethana. Po chwili podszedłem do niego i kładąc dłoń na jego ramieniu uśmiechnąłem się lekko.

- Spokojnie, kochanie... - zacząłem.

- Jak ja do cholery mam być spokojny?! Przecież Irmandil mnie zabije!

Krzywiąc się nieznacznie, cofnąłem się. Odruchowo, nie zwracając nawet uwagi na to, co robię, odsłoniłem kły i syknąłem cicho. Tak, tak. Scythe mają kły. Wprawdzie nie takie, jak wampiry, ale mają.

Ponadto, nie cierpię, gdy ktoś w mojej obecności krzyczy.

Ethan spojrzał na mnie w osłupieniu, trzymając w dłoni koszulę.

- Cahir, wszystko w porządku?

- Nie. Nie cierpię jak ktoś krzyczy.

- A. To przepraszam.

Chwila ciszy.

- Cahir...

- Tak?

- To jak ty w takim razie wytrzymujesz jako kat na sali tortur?

- Takie wrzaski mogą być.

- A...Aha.



* * *



Chyba jednak posiadam jakiś dar przekonywania, bo Ethan naprawdę został ze mną zamiast iść do pracy. Chociaż może po prostu bał się, że zostanie przez Irmandila zamordowany za kilkugodzinne spóźnienie.

- Caaahiiir...

- Mmm?

- Nudzi mi się. Zróbmy coś ciekawego.

Zsunąłem się z fotela, siadając na podłodze obok Ethana. Uważnie zmierzyłem go wzrokiem, przekrzywiając lekko głowę.

- Co masz na myśli, mówiąc „coś ciekawego”? - spytałem w końcu.

- Nie wiem. Chodźmy na strzelnicę.

- Po co?

- A po co się chodzi na strzelnicę?

- Żeby postrzelać z łuku...?

- Brawo.

- No widzisz, jaki ja inteligentny jestem?



* * *



Naprawdę nie mam pojęcia, co Ethanowi odstrzeliło, żeby mnie zabrać na strzelnicę. To naprawdę nie był dobry pomysł. Zdecydowanie.

Wspomnienia wracają, napływając gwałtowną falą, a ja wcale ich nie chcę. Bo o latach spędzonych w Akademii Szpiegów chcę zapomnieć. To było i minęło. I ten rozdział w moim życiu wcale nie skończył się tak, jak bym sobie tego życzył.

Świst.

Uniosłem nieco głowę, akurat by zobaczyć, jak kolejna strzała wbija się idealnie w środek tarczy. Ethan wyszczerzył się jak wariat, celując kolejny raz.

I znowu trafił.

Bogowie...Jak ja mu cholernie zazdroszczę. Myślałem, że ten etap mam już za sobą, ale nie. Nadal zazdroszczę mu tego, że jest szpiegiem. Niby ja też swoją pracę lubię, i to bardzo, ale...No właśnie. Nie ukrywam, że o wiele bardziej wolałbym robić coś innego. Kiedyś miałem wielkie plany na przyszłość, a teraz już nic z nich nie pozostało.

- Cahiiiir, teraz twoja kolej! - Ethan radośnie wcisnął mi łuk w ręce.
Spojrzałem na niego jak na idiotę. Przecież ja od dobrych kilku lat nie strzelałem!

- Strzelaj dalej, mną się nie przejmuj – mruknąłem.

- Nie. Teraz twoja kolej i nie dyskutuj.

Westchnąłem ciężko i niechętnie podniosłem się z ławeczki, sięgając po strzałę. Nałożyłem ją na cięciwę i wycelowałem. Ręce lekko mi zadrżały, gdy poczułem dłoń Ethana na swoim ramieniu.

Strzała ze świstem poszybowała przed siebie, z głuchym stuknięciem wbijając się w drewnianą belkę, znajdującą się dość wysoko nad tarczą.

Wiedziałem. Wiedziałem, że tak będzie.

- Strzelasz jeszcze raz, my dear.

- Nie chcę...

- Chcesz.

- To bądź tak miły i nie stój mi za plecami, bo to denerwujące.

Odsunął się.

Kolejna strzała. Teraz będzie lepiej. Musi być lepiej.

Cichy brzdęk cięciwy.

Świst.

Nie było lepiej. Wcale nie było lepiej.

Tym razem strzała biła się w słomianą ścianę, kilka metrów za celem.

Zacisnąłem zęby i tłumiąc jakieś przekleństwo z chłodnym spokojem oparłem łuk o ławeczkę. A potem bez słowa wyszedłem ze strzelnicy, trzaskając drzwiami.

To nie fair. To tak cholernie, straszliwie nie fair. Przecież...przecież kiedyś byłem tak samo dobry jak Ethan. Albo lepszy. Byłem najlepszy w Akademii. A teraz...Teraz nie potrafię nawet trafić z idiotycznego łuku do równie idiotycznej tarczy.



* * *



Drzwi skrzypnęły cichutko, wpuszczając do pokoju odrobinę chłodnego powietrza. Nie wysiliłem się nawet na tyle, by unieść głowę znad poduszki.

Po krótkiej chwili Ethan, bo to on pojawił się w moim pokoju, ostrożnie podniósł mnie do pozycji siedzącej i przytulił.

Nie zareagowałem. Wspomnienia pomieszane z nagłą falą zazdrości przetaczały się lawiną przez moją głowę i nie potrafiłem nawet spojrzeć Ethanowi w oczy.

- Zostaw mnie, kochanie – szepnąłem – Idź sobie.

- Ale...

- Idź. Teraz chcę być sam.

Westchnął tylko, patrząc na mnie ze smutkiem.

I po chwili już go nie było.

Komentuj(2)


godz: 13:46 data: 2007.10.20


Od Autorki: z góry przepraszam za ewentualne literówki tudzież błędy. Pisałam to w Notatniku.


Kartki z szelestem wylądowały na biurku, tuż obok gigantycznej sterty innych dokumentów. Irmandil uniósł nieznacznie głowę, obdarzając mnie pełnym niechęci spojrzeniem.

- Dziękuję za raport, chociaż to nie ty miałeś go przynieść - oznajmił chłodno - A teraz możesz już iść.

- Nie.

- Co?

- Mówiłem, że nie mam zamiaru opuszczać tego pomieszczenia - wyjaśniłem spokojnie.

- Że jak?

- No co...Nie moja wina, że za długo trzymasz Ethana w pracy...A skoro on nie może przyjść do mnie, to ja mogę do niego.

Irmandil i Ethan patrzyli na mnie niczym na jakąś zjawę, gdy z uśmiechem usiadłem na dywaniku, leżącym dokładnie na środku pomieszczenia.

W końcu, po dłuższej chwili milczenia, brat Letheana mniej więcej odzyskał opanowanie. Przynajmniej na tyle, by znów się odezwać.

- Cahir... - zaczął łagodnie - Idź już sobie, dobrze...?

- Chyba jednak jestem zmuszony odrzucić twoją propozycję, słonko...A ty mnie przecież nie wyrzucisz, prawda?

- Skąd ta pewność?

- Bo ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem coś, czego wiedzieć nie powinienem i przez przypadek mogę coś komuś powiedzieć i wtedy ten ktoś też będzie to coś wiedział, chociaż nie powinien...

Zbladł. A potem w jego oczach pojawił się dziwny, nieprzyjemny błysk.

- Wynoś się - wycedził przez zaciśnięte zęby - I zabierz ze sobą Ethana.

- Dziękuję - uśmiechnąłem się promiennie.

- Ty nie dziękuj, do cholery! Ty mi zjeżdżaj z pola widzenia!



* * *



- Czy mógłbyś mi łaskawie wytłumaczyć, co to niby miało być? - spytał Ethan, gdy tylko dotarliśmy do mojego pokoju.

- Ale co?

- No....To. Upiłeś się, czy co?

Westchnąłem ciężko, wznosząc w niezwykle teatralny sposób oczy do nieba, a raczej do sufitu.

- Kochanie...Ja cię ratuję ze szponów papierkowej roboty, a ty pytasz, czy się upiłem? A może by tak podziękować, co?

- Yyy...Dzięki.

- No.

- A mogę przynajmniej spytać, czemu zawdzięczam ten ratunek?

- Owszem, możesz.

- Więc?

- W sumie to nie wiem - wzruszyłem ramionami - Nudziło mi się, to postanowiłem wyciągnąć cię z pracy.

- Irmandil mnie zabije.

- Nie zabije, nie martw się. Nic ci nie zrobi, bo ja wiem coś, co on utrzymuje w sekrecie przed całym światem - uśmiechnąłem się nieco upiornie.

- Przerażasz mnie, słońce.

- Dziękuję.



* * *



W kominku wesoło trzaskał ogień, płomienie migotały, oświetlając półmrok pokoju. W powietrzu unosił się delikatny zapach herbaty.

Było dobrze. Nawet bardzo dobrze, bo przecież Ethan był ze mną. I kiedy tylko chciałem, mogłem wpatrywać się w te jego śliczne oczy.

- Ethan...- zacząłem. I nie skończyłem.

Świat zawirował, przed oczami zatańczyły oślepiająco jasne plamy. Opuściłem wolno głowę, oddychając głęboko.

Nie....Nie teraz...Nie teraz, błagam...Nie teraz.

Znajome i zdecydowanie nieprzyjemne osłabienie powoli zaczęło się wlewać w moje ciało.

A potem była tylko ciemność.



* * *



- Cahir, żyjesz? - zaniepokojony, lekko drżący głos.

Przez chwilę nie byłem w stanie odpowiedzieć. Potem tylko otworzyłem powoli oczy, natrafiając na zaniepokojone spojrzenie Ethana.

Spróbowałem unieść się nieco na łokciu. Bezskutecznie. Osłabienie jeszcze nie opuściło mnie do końca.

- Leż spokojnie, Cahir - szepnął mój ukochany - Ja...Ja pójdę po Tamirao.

- Nie...Nie trzeba... - wykrztusiłem w końcu - To...To nic takiego...

Wziąłem kilka głębszych wdechów i w końcu usiadłem. Z lekkim zdziwieniem zarejestrowałem, że jakimś dziwnym trafem znalazłem się na łóżku.

- Jak to nie trzeba? - Ethan popatrzył na mnie, jakbym postradał zmysły - Mdlejesz bez powodu i usiłujesz mi wmówić, że nie trzeba iść po żadną Uzdrowicielkę?

- To...To normalne... - opuściłem wzrok - Ja już tak mam...Od zawsze.

- I nic mi nie powiedziałeś?

Przysunąłem się do niego powoli. Z cichutkim westchnieniem wtuliłem twarz w jego ramię, czując się jeszcze gorzej niż wcześniej. Tym razem, już nie z powodu omdlenia.

To nie tak miało być...Chciałem wyciągnąć Ethana z pracy, żeby odpoczął od problemów i...i wszystkiego...A tym czasem, ja sam sprawiłem największy kłopot.

Teraz on będzie się o mnie martwił. No i zamiast odpoczywać, musiał zająć się mną...Nie chciałem, żeby tak było, żeby tak wyszło...To nie tak...

- Przepraszam... - wyszeptałem, przytulając się do Ethana jeszcze mocniej.

Odsunął mnie delikatnie, spojrzał mi w oczy.

- Za co ty mnie przepraszasz?

- Wszystko...Wszystko zepsułem...

- Nic nie zepsułeś, dear.

- Zepsułem. Miałeś odpocząć, a tymczasem ja...

- To przecież nie twoja wina, że zemdlałeś. Poza tym, teraz cię tak szybko nie opuszczę... - uśmiechnął się zawadiacko.

- I nie jesteś zły...?

- A czemu niby miałbym być?

- No...Właściwie, to... - westchnąłem ciężko - Nieważne.

Na chwilkę zapadła cisza. Zmrużyłem oczy, uważnie mierząc Ethana wzrokiem.

- Czy ty powiedziałeś, że teraz tak szybko mnie nie opuścisz? - spytałem dla pewności.

- No...tak.

- W takim razie, mogę mdleć codziennie, skoro to sposób, żeby mieć cię przy sobie - roześmiałem się.

Komentuj(3)


godz: 23:04 data: 2007.09.4
Mniej więcej tydzień temu

Czuję się lepiej. Zdecydowanie lepiej.

Zupełnie, jakby kłębiące się gdzieś w mojej głowie czarne chmury nagle odpłynęły.

Może…Może Variel ma rację? Może…Może naprawdę nie jestem aż tak słaby jak mi się wydaje? To…To chyba nawet jest możliwe…

I naprawdę jest lepiej.

Swoją drogą, nawet gdybym chciał dalej pogrążać się w otchłaniach depresji, nie miałbym na to czasu. Dlaczego? Cóż. Ethan wyciągnął mnie na wielkie zwiedzanie Lann.

I muszę przyznać, że to naprawdę piękne miasto. Zatłoczone nieco, ale piękne.

Chociaż szczerze mówiąc, bardziej podoba mi się w rodzinnym dworku Ethana.

Tak cicho i spokojnie…

Wślizgnąłem się do saloniku, wciąż jeszcze czując na twarzy świeży powiew wieczornego wiatru. W tutejszym ogródku mógłbym przesiadywać godzinami, gdyby nie drobny fakt, że jest mi zwyczajnie zimno. Cóż. W końcu scythe normalnie żyją w tropikach…

Ethan, skulony w wielkim fotelu z powyginanymi nóżkami, na mój widok uniósł nieco głowę i uśmiechnął się.

- Już wróciłeś? – spytał.

Skinąłem lekko głową i stanąłem za fotelem, opierając się o jego oparcie. Mój ukochany przekręcił się na siedzeniu, zadzierając głowę do góry. Wciąż jeszcze z jego twarzy nie zniknął ten uroczy, delikatny uśmiech.

Bogowie, jak ja uwielbiam na niego patrzeć…Uśmiech to on naprawdę ma prześliczny. I oczy. Oczy Ethana są najpiękniejsze na świecie.

Musiał zauważyć moją nieco rozmarzoną i zapewne nieobecną minę, bo przechylił się nieco, mierząc mnie uważnym spojrzeniem. W tej chwili tak bardzo przypominał mi małego, słodkiego kotka, że aż się roześmiałem.

- Co…?

- Nic, nic, kochanie – wykrztusiłem, usiłując powstrzymać atak śmiechu.

- Czy zrobiłem coś nie tak…?

- Nie kręć się tak w tym fotelu, bo spadniesz – mruknąłem.

- Wcale nie.

- A jesteś pewien?

- Oczywiście, że jeste…- w tym momencie mój ukochany przekręcił się tak, że poleciał do tyłu, lądując na podłodze – Nie, jednak nie jestem…- dokończył ponuro.

Westchnąłem ciężko i przemieściłem się na dywanik, gdzie usiadłem obok mojego ukochanego.

- Nic ci nie jest? – spytałem, patrząc na niego z lekkim niepokojem. Pokręcił głową i uśmiechnął się lekko, a ja znów nie mogłem oderwać wzroku od tego uśmiechu. Po kilku sekundach rozmyślań przysunąłem się bliżej i delikatnie przytuliłem Ethana, opierając głowę na jego ramieniu. Przymknąłem nieco oczy.

- Cahir…

- Tak?

Jakby nieco nieśmiało spuścił wzrok. O? To przecież do niego niepodobne.

- Kocham cię, wiesz? – szepnął.

- A…Skąd mogę wiedzieć, że mówisz prawdę?

Po moich słowach zapadło ponure milczenie. Ethan przysunął się bliżej fotela, opierając się o niego i podciągając kolana. Spojrzał na mnie nieco bezradnie.

- Noo…? – przekrzywiłem głowę – Czemu tak cicho jesteś? Czyżbyś nie umiał odpowiedzieć na moje pytanie, słońce?

- Czyżbyś we mnie wątpił?

- Ależ oczywiście, że nie, kochanie. Chcę tylko, żebyś odpowiedział…

Znowu milczenie.

Och, bogowie…!

- Co z tobą, słońce? – delikatnie dotknąłem jego czoła, odgarniając przy okazji jakiś niesforny kosmyk włosów – Nie masz ty przepadkiem gorączki?

- Chyba nie…

- Martwię się o ciebie.

Rzucił mi pytające spojrzenie. I wyglądał tak jakoś nieszczęśliwie, że go przytuliłem.

- Taki cichutki i spokojny jesteś, kochanie – westchnąłem ciężko - Zupełnie do siebie niepodobny.

- Może…może jednak chory...

- W takim razie, natychmiast idziesz do łóżka, a ja przyniosę ci coś ciepłego do picia.

- Ale…

- Nie dyskutuj.

- Ale, Cahir…

- Wybacz słońce, ale to ja w tym towarzystwie jestem starszy i dlatego masz mnie teraz słuchać. Zrozumiano?



* * *



Zatrzymałem się na progu kuchni, posyłając przechodzącej obok pokojówce nieśmiały uśmiech.

- Przepraszam…- zacząłem niepewnie.

- Tak? – odwzajemniła uśmiech, ukazując bielutkie ząbki.

- Czy…Czy mógłbym pożyczyć jakąś….sukienkę?

- Słucham…? – wykrztusiła zdumiona.

- Ja…Ja wiem, że to pewnie brzmi dziwnie, ale…proszę. Byłbym naprawdę bardzo wdzięczny…



* * *



Uważnie stawałem na skrzypiących stopniach schodów, uważając, żeby nie potknąć się i nie zrzucić kubeczka z parującą cieczą, stojącego na trzymanej przeze mnie tacy.

W końcu dotarłem do drzwi, pchnąłem je lekko i wszedłem do środka.

- Proszę… - podałem mojemu ukochanemu kubek – Wypij to.

Odstawiłem tacę na stolik obok łóżka i usiadłem obok. Ethan wypił mały łyczek, zakrztusił się i spojrzał na mnie z bardzo nieszczęśliwą miną.

- Co to i dlaczego to takie przeraźliwie słodkie? – jęknął.

- Gorące mleko z miodem. Dobre na przeziębienia – wyjaśniłem spokojnie – A że słodkie? Wybacz, najwyraźniej trochę za dużo tego miodu dodałem.

- Chyba o wiele za dużo…

- Nie marudź, tylko pij. A potem grzecznie pójdziesz spać.

- Cahir…! – popatrzył na mnie ze zgrozą i przerażeniem, malującymi się na twarzy – Czy ty zwariowałeś? I co ty masz na sobie…?

- Sukienkę. Coś nie tak?

- Nie, skądże…

- To przestań zachowywać się jak marudzące dziecko. Jak będziesz grzeczny i zrobisz to, co ci każę, to jak się lepiej poczujesz, dostaniesz nagrodę.

- Jaką?

- A jaką byś chciał?

Komentuj(4)


godz: 19:21 data: 2007.08.15
Bo może być tylko gorzej.

Kilka dni temu.

- Cahir, jedziesz na nami i nie chcę słyszeć żadnego słowa sprzeciwu, zrozumiano? – Lilia, stojąca za oparciem mojego fotela uśmiechnęła się nieco upiornie. Chyba już pół godziny straciła, razem z Letheanem, na namawianie mnie na konną przejażdżkę po lesie. To naprawdę miło z ich strony, że chcą mi poprawić humor, ale…osobiście wolałbym, żeby wszyscy dali mi wreszcie spokój. Chcę zniknąć.

- Nie chcę jechać – powiedziałem cichutko, wbijając wzrok w podłogę.

- Obawiam się, że nie masz w tej kwestii nic do powiedzenia – obwieścił milczący dotąd Leth.

Bogowie, dlaczego…



* * *



Naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem dałem się na to namówić.

Swoją drogą, moi przyjaciele nie powinni się aż tak mną przejmować…Przecież mogliby mnie spokojnie zostawić w moim pokoju i nie zwracać na mnie uwagi…

Za wszelką cenę chcą poprawić mi humor. Ethan też… Ale ja…nie potrafię się uśmiechnąć, nie potrafię odpędzić wszystkich złych myśli…Mam tego dość, ale nie potrafię…

A teraz dałem się namówić na wycieczkę do lasu, na którą wcale nie miałem ochoty. Chociaż swoją drogą…To miejsce w jakiś sposób uspokaja…Drzewa tak przyjemnie, cichutko szumią, jakiś ptak śpiewa…Aż dziwnie to teraz przyznać, ale…może to i dobrze, że na chwilę wyrwałem się z mojego pokoju?

- Cahir!

Potrząsnąłem głową, wyrwany z zamyślenia.

- Przepraszam, nie słuchałem – przyznałem cicho.

- Cahir, co się z tobą dzieje? – spytała łagodnie Lilia – Takie izolowanie się od otoczenia jest zupełnie do ciebie niepodobne.

Spuściłem głowę, wbijając wzrok w kark konia. Nie wiedziałem, co powiedzieć. I zanim zdążyłem chociażby pomyśleć nad jakąś sensowną odpowiedzią, powietrze przeszył świst, a chwilę później w oddali, pomiędzy drzewami śmignęły dwa punkciki. Jeden srebrzystobiały, drugi, czarny, tuż za nim. Lilia pisnęła cicho i zeskoczyła z konia. Błękitna gwiazdka na jej czole rozbłysła, a sekundę później na miejscu Arinae znalazło się najpiękniejsze stworzenie, jakie kiedykolwiek widziałem.

Jednorożec.

Istota potrząsnęła łbem, zarżała cicho i rzuciła się galopem w kierunku, gdzie przed chwilą zniknęły dwie goniące się plamy.

- Lilia, wracaj tu! – wrzasnął Lethean, patrząc na nią jakby ze złością. Nie posłuchała.

I już po chwili jej nie było.

- Leth…

- Tak?

- Co się właściwie stało? – spytałem. Szczerze mówiąc, z wydarzeń z ostatnich kilku chwil nie rozumiałem kompletnie nic.

- Widziałeś tamtą białą plamę tam w oddali? To był jednorożec. Nie mam pojęcia, skąd się wziął.

- A to czarne?

- Cienie.

- Że co?

- Cienie. Nie wiem dokładnie, kim są, ale Lilia kiedyś mówiła, że polują na jednorożce.

- Więc dlaczego…?

- Wiesz jaka ona jest…Najpierw rzuca się komuś na pomoc, a dopiero potem zauważa, że jej samej coś może się stać.



* * *



Jednorożec był piękny. Chyba nieco większy od Lilii, z srebrzystą, niezwykle długą i pofalowaną grzywą. A może raczej…Byłby piękny, gdyby nie stan, w jakim obecnie się znajdował. Rozpaczliwie usiłował podnieść się na odmawiające posłuszeństwa nogi, szarpiąc przy tym łbem.
Dookoła pryskała krew, bo w miejscu, gdzie jeszcze niedawno był jego lekko lśniący błękitem róg, widniała teraz rozległa, paskudna rana.

Kilka kroków od rannej i wycieńczonej istoty stały Cienie, wykrzywiając czarne, widmowe pyski w upiornym grymasie, przypominającym szyderczy uśmiech.

Trawa w pobliżu krzaków, za którymi siedziałem razem z Letheanem, zaszeleściła.

- A więc jednak nie wpakowałaś się w kłopoty – rzucił Leth, w kierunku Lilii, która w swojej zwykłej postaci zmaterializowała się właśnie pod drzewem tuż obok. Z tym, że wcale nie patrzyła na nas. Wzrok skierowany miała na scenkę, rozgrywającą się na polance.

- Musimy mu pomóc – wyszeptała – On nas potrzebuje.

- Nie możemy nic zrobić, Lilio – odpowiedział łagodnie Lethean – Cienie są zbyt niebezpieczne. A ty…Boisz się ich, prawda?

Po dłuższej chwili skinęła ledwo zauważalnie głową, znów patrząc przed siebie.

Na polance jeden z Cieni niebezpiecznie zbliżył się do szarpiącego się jednorożca, wyciągając w jego kierunku jakieś ostrze. Uniósł je, roześmiał się, a potem ze świstem opuścił.

W tej samej sekundzie srebrzysta smuga wystrzeliła pomiędzy Cienie. Lilia, bo to była ona, przystanęła dokładnie obok nieruchomego już srebrzystego ciała. Rzuciła czarnym widmom wyzywające spojrzenie płonących z wściekłości, brązowych oczu, a potem odwróciła się, przebiegła kilka kroków. Jakby z lekkim smutkiem spojrzała na mnie i Letheana, po czym rzuciła się między drzewa, goniona przez widmowe stado.



* * *



- Leth, powinniśmy byli tam zostać! – jęknąłem z rozpaczą, zatrzymując się w połowie schodów prowadzących do Pałacu – Powinniśmy byli jej pomóc!

Obrócił się, patrząc za mnie ze złością.

- Cahir, zastanów się, co mówisz, dobrze? – wysyczał – Nie mogliśmy jej pomóc i ty o tym wiesz.

- Ale…

- Zamknij się, Cahir. Tak, to był rozkaz.



Mniej więcej dzisiaj.

Lilia nadal nie wróciła.

A ja…Ja znowu zamykam się w swoim pokoju, zatapiając się w obezwładniających czarnych myślach. Wciąż wyraźne wspomnienie paskudnego uśmiechu Aenigmy nadal tłucze się po moim umyśle, nie chcąc zniknąć. I z każdą chwilą jeszcze bardziej nienawidzę samego siebie.

Za to, że jestem słaby. Tak potwornie, żałośnie słaby, że nawet dziewczyna może zrobić ze mną, co tylko zechce…

A przecież kiedyś…kiedyś było inaczej…Zupełnie inaczej…

I wszystko się psuje. Przeze mnie…

Ethan za wszelką cenę stara się mnie rozweselić, martwi się…On naprawdę się o mnie troszczy…Ale ja nawet nie potrafię się uśmiechnąć. Nie potrafię…
I tylko jeszcze bardziej wściekam się na samego siebie, że sprawiam Ethanowi same problemy…



Komentuj(2)


godz: 15:12 data: 2007.06.23
14 czerwca

Tamirao łaskawie wyraziła zgodę, żebym wreszcie opuścił szpital. Wprawdzie wciąż mam trochę opatrunków i wciąż jadę na lekach przeciwbólowych, ale to nic. Jakoś przeżyję.

Ostrożnie wstałem z łóżka, przytrzymując się jednak ręką jakiejś szafeczki. Prawe kolano dało o sobie znać silnym, rwącym i wyjątkowo zaskakującym bólem. Zacisnąłem zęby, starając się mimo wszystko przejść kilka kroków. No cóż. Po kilku dniach spędzonych w łóżku mogłem się tego spodziewać…Teraz tylko trzeba było rozruszać to przeklęte kolano i wszystko wróci do normy.

Opadłem na łóżko, przymykając oczy. W dalszym ciągu byłem tak słaby, że nawet przejście tych kilku kroków było dla mnie wyczerpujące. Ale…Nie chciałem już dłużej zostać w szpitalu.

- Nie powinieneś tu jednak zostać? – spytała Tamirao, przyglądająca mi się z okolic drzwi – Nie jesteś w najlepszej formie.

- Litości…- jęknąłem – Dziękuję, że tak się o mnie troszczysz, ale zwariuję tutaj.

- Skoro tak twierdzisz…Ale lekarstwa i tak będę w ciebie wmuszać.

Potulnie skinąłem głową. Regularne branie leków nie było dla mnie problemem.



* * *



Gdy dotarłem do swojego nowego pokoju byłem niemal u kresu sił. Miałem wrażenie, że lada moment wyląduję rozpłaszczony na posadzce, albo zwyczajnie padnę martwy w jakimś zapomnianym korytarzyku. Nic takiego się jednak nie stało, więc tylko otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. I przy tych drzwiach już pozostałem, ze zdumienia nie będąc w stanie się ruszyć. Pokój był ogromny i niezwykle jasny, ze ścianami w kolorze pastelowej zieleni.
Po dłuższej chwili zarejestrowałem, że dziwnym trafem przybyło mi mebli. Najbardziej rzucało się w oczy nowe, ogromne łóżko z rzeźbionymi kolumienkami i baldachimem. Koło kominka, oprócz mojego ukochanego fotela stała jeszcze naprawdę urocza sofa z powyginanymi nóżkami i malutki stoliczek. No i poduszek też było więcej.

- Wejdziesz dalej, czy będziesz tak stał? – spytała Lilia, zeskakując z parapetu. Poprawiła suknię i spojrzała na mnie z tym swoim uroczym, nieco tajemniczym uśmiechem – Jak już zapewne zauważyłeś, kupiłam ci kilka ładnych drobiazgów…Mam nadzieję, że ci się spodobają.

- Arinae…- wykrztusiłem siadając z wrażenia na łóżku.

- Tak?

- T-to nazywasz drobiazgami…? Te meble musiały kosztować fortunę!

- Nie przesadzaj. I naprawdę, potraktuj to jako prezent.

- Ale…

- Bądź już cicho.

Westchnąłem ciężko. Arinae zawsze potrafiła uciąć dyskusję i postawić na swoim. A jednak…To co dla mnie zrobiła…To było wspaniałe.

- Dziękuję – uśmiechnąłem się – Będę cię uwielbiał do końca życia.

Roześmiała się tylko, siadając obok. Błękitne wstążeczki w jej włosach zaszeleściły cichutko. Generalnie ślicznie wyglądała we wszelkich odcieniach niebieskiego. W jakiś sposób ten kolor podkreślał jej niezwykłość.



* * *



Cichutkie skrzypnięcie drzwi oznajmiło przybycie Ethana.

Z lekkim uśmiechem zarejestrowałem fakt, że mój ukochany zdążył już pozbyć się koszulki.

- Widzę, że ledwo się wprowadziłeś, a już zdążyłeś stworzyć tu klimat tropikalny – stwierdził radośnie.

- Widzę, że ledwo wszedłeś do pokoju, a już zdążyłeś pozbyć się koszulki. Tak nie wypada, wiesz?

- Mam ją z powrotem założyć?

- Mmm…Niekoniecznie…

Przekrzywiłem lekko głowę, uśmiechając się.

Ethan potrafi czasami być naprawdę uroczy. Oczywiście nie zawsze, bo czasem bywa też nieco złośliwy, ale ogólnie jest uroczy. Nawet bardzo.

Bogowie…On tak bardzo różni się od Kennetha…

Myślę, że to dobrze. Bo Kenneth…Nie mogę powiedzieć, że był dla mnie zły. Bo nie był. Był naprawdę dobry. Ale…Chyba rzeczywiście traktował mnie trochę jak swoją własność. I chociaż starał się być miły, to jednak nigdy nie liczył się z moim zdaniem…

- O czym myślisz? – spytał Ethan, wyrywając mnie z zamyślenia.

Zastanowiłem się przez chwilę, czy mu powiedzieć.

- O kimś, od kogo niedawno dostałem koraliki…

- Kenneth.

- Dokładnie.

- Tęsknisz za nim?

- Wiesz…Nie myślałem o nim w tym kontekście…

- E?

- Tak tylko pomyślałem, że gdyby Kenneth był tu teraz na twoim miejscu, to już dawno przygwoździłby mnie do łóżka, nie pytając nawet, jak się czuję – roześmiałem się – Pod tym względem był niemożliwy.

Ethan milczał, opuściwszy nieco głowę. Och, bogowie. Co za idiota ze mnie! Dlaczego, do cholery, opowiadam mu o moim dawnym chłopaku? Nie wiem…Zupełnie nie wiem… Ale to idiotyczne.

Przysunąłem się bliżej i delikatnie dotknąłem jego policzka. Gdy spojrzał na mnie, uśmiechnąłem się lekko i pocałowałem go.

- Przepraszam…- szepnąłem, wtulając twarz w jego ramię – Już nie będę o nim mówić. Obiecuję.

- Nie musisz za to przepraszać.

- Ethan…Dlaczego jesteś dla mnie taki miły?

- Co? – zdziwił się – To chyba…normalne.

- Ale…Żaden z moich poprzednich chłopaków nie liczył się z moimi uczuciami. Oni chcieli mnie tylko dlatego, że mam dość egzotyczną urodę. A kiedy im się znudziłem, zostawiali mnie. Ty jesteś zupełnie inny.

I to jest całkowita prawda. Ethan naprawdę pod tym względem jest dla mnie niezwykły. Przy nim czuję, że naprawdę komuś na mnie zależy. Na mnie….A nie tylko na tym, jak wyglądam…



Komentuj(3)


godz: 23:42 data: 2007.06.8


Delikatny powiew wiatru wpadającego przez okno musnął moją twarz, przy okazji przynosząc do pomieszczenia bajeczny zapach kwiatów z pałacowych ogrodów. Czułem przyjemne ciepło słonecznych promieni na powiekach. Nie otwierałem oczu, starałem się o niczym konkretnym nie myśleć. Nie chciałem dopuścić do siebie mglistych strzępków wspomnień z dni spędzonych…tam. Szczerze mówiąc, pamiętam naprawdę niewiele.
Prawdopodobnie przez to uderzenie w głowę. Wiem, że Tamirao mówiła Lilii, że to nic poważnego, ale w dalszym ciągu, co pewien czas czuję urywane impulsy bólu. Nieznośnie, irytujące, nie dające się zagłuszyć środkami przeciwbólowymi, które Tamirao wlewa we mnie hektolitrami. Poza tym, nie czuję praktycznie nic, przez co nie mam nawet rozeznania, co mi właściwie jest. Może tak jest lepiej?

Otworzyłem oczy, przez chwilę przyzwyczajając się do światła. Spróbowałem nieco unieść się na łokciu. Przytłumione echo bólu gdzieś w ręce i w boku. Starałem się je zignorować, spojrzałem na Ethana.

- Cahir, co ty robisz? – przeraził się – Kładź się natychmiast! Krzywdę sobie zrobisz.

- Och, przestań…- prychnąłem, jednak przez wszechogarniającą słabość zabrzmiało to dość żałośnie i cicho – Ethan, zabierz mnie stąd.

- Nie mogę. A ty musisz się położyć.

- Nie mów mi co mam robić, nie jesteś moją matką! – opadłem nieco bezwładnie na poduszki – Nie chcę tu być. Zwariuję, jeśli chociaż minutę dłużej będę musiał patrzeć na ten przeklęty sufit…

Ponownie przymknąłem oczy. Nie miałem siły na dłuższe rozmowy. To mnie wykańczało i jednocześnie irytowało. Nie chciałem być słaby. To jakaś ironia losu. Najpierw wypadek, teraz to…A ja…nienawidzę tego poczucia słabości.

- Ethan… - jęknąłem.

- Tak?

- Ja chcę…do ogrodów…

- Dobrze, pójdziemy do ogrodów pałacowych, jak wyzdrowiejesz – obiecał radośnie.

- Teraz…

- Teraz nie możesz, kochanie.

- To przynieś ogród…tutaj.

W moim umyśle zakiełkowała wizja tego pomysłu. Kwiaty…Wszędzie kwiaty. Nie tylko na szafce, tu obok, ale też na parapecie…Dużo pięknych kwiatów. I na łóżku, rozsypane. Na podłodze też. Cały pokój w kwiatach. To…To byłoby piękne… Ale…To niemożliwe.



* * *



Po południu Ethan musiał już iść, a Tamirao wtargnęła do pokoju z naręczem wszelakich rozmiarów butelek i buteleczek, których zawartość jak zwykle we mnie wmusiła. Przy okazji zasłoniła okno ciemnoniebieską zasłonką, ponoć po to, żeby w pokoju za bardzo się nie nagrzało. Osobiście by mi to nie przeszkadzało, bo upału, który rzekomo panuje obecnie na zewnątrz nie odczuwam zupełnie. Na wyspie, z której pochodzą scythe praktycznie przez cały rok jest czterdzieści stopni w cieniu, więc tutejszy klimat jest dla mnie raczej chłodny. To właśnie dlatego kominek u mnie w pokoju jest używany prawie przez cały czas.

Gdy Tamirao wreszcie dała mi spokój i miałem poświęcić się rozmyślaniu o niezbyt przyziemnych rzeczach, skrzypnęły drzwi. Nie musiałem nawet otwierać oczu, żeby wiedzieć, kto przyszedł. Cichy szelest sukni, sunącej po podłodze, subtelny zapach zielonej herbaty i limonki.

Arinae.

Po chwili poczułem jej delikatną dłoń na moich włosach. Spojrzałem na nią, uśmiechając się słabo. Ari była niesamowita… Sama jej obecność zawsze całkowicie mnie uspokajała.

- Już lepiej się czuję… - odpowiedziałem cicho na pytanie, którego nie ośmieliła się zadać, żeby nie męczyć mnie rozmową.

- Cahir, od kiedy ty umiesz czytać w myślach? – roześmiała się.

- Twoje pytanie…nie było trudne do przewidzenia.

- Wiem…

Przez chwilę panowała między nami cisza, przerywana tyko śpiewem ptaków gdzieś za oknem. Miałem dziwne wrażenie, że chciałem powiedzieć Lilii coś ważnego, spytać o coś, ale…Och, już wiem.

- Ari…

- Tak, kochanie?

- Czy jak wyzdrowieję….mógłbym na kilka dni wypożyczyć sobie jeden z pokoi gościnnych, albo coś? Ja chyba…Nie dam rady tak od razu wrócić do siebie…Potrzebuję trochę czasu…

- Rozumiem, i dlatego wysuwam propozycję. Może chciałbyś na stałe przeprowadzić się do jakiegoś ładnego, jasnego pokoju z widokiem z okien na, dajmy na to…ogrody?

Spojrzałem na nią ze zdumieniem. To…To było…

- Naprawdę…mogę? – spytałem nieśmiało.

- Oczywiście! Osobiście dopilnuję tej małej przeprowadzki, żebyś po wyzdrowieniu ode razu mógł zamieszkać w nowym pokoju – spojrzała nieco nerwowo na drzwi – Dobra. To ja idę zająć się całą tą sprawą, a ty śpij, bo mnie Tamirao zabije, że cię zamęczam.

Nie sądzę, żeby ktoś był w stanie zabić Lilię. I nie wyobrażam sobie tego. Nawet, jeśli to była tylko taka przenośnia.

Komentuj(2)


godz: 17:16 data: 2007.05.31


Coś…Coś było nie tak. Czułem to. Nie musiałem martwić się o Ethana – był bezpieczny w Lann. Ale jednak…Czułem dziwny niepokój. Miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, chociaż ja go nie widzę. To uczucie zwykle wiązało się z niebezpieczeństwem, było swojego rodzaju alarmem. Ale przecież…

Szelest.

Odwróciłem się gwałtownie.

I to chyba był błąd…



* * *



Ocknąłem się z potwornym bólem głowy. Nawet najmniejszy ruch wywoływał coś na kształt miniaturowej eksplozji. Było mi słabo. Co…Co się stało…?

Otworzyłem oczy, jednak po chwili ponownie je zamknąłem. Ostre światło raziło mnie, sprawiało ból. Jęknąłem cicho.

- Wstawaj – rozkaz, zaakcentowany kopniakiem w żebra. Zacisnąłem zęby i powolutku podniosłem się na kolana. Zaczynałem przyzwyczajać się do światła.

Przede mną majaczyła jakaś rozmywająca się sylwetka. Pomimo niewyraźnych rysów, wydawała się znajoma…Skąd ja go znam…? Mam dziwne wrażenie, że przyjechał do Venare razem z królową…Tak, zapewne tak…Ktoś z jej ochrony.

Kręciło mi się w głowie. Bolało. Chciałem się położyć.

- Nie słyszysz, co do ciebie mówię? – warknęła postać przede mną – Wstawaj, do cholery!

Nie chcę…Niech on da mi spokój…

Szarpnął mnie za włosy, zmusił do spojrzenia mu w oczy. Syknąłem cicho, odsłaniając nieco kły. To było zupełnie odruchowe. Jeden z tych nawyków, które starałem się wyeliminować.

Roześmiał się paskudnie.

- Syczysz jak mała żmija – stwierdził – Ale już niedługo nie będziesz, jestem tego pewien. Niedługo będziesz mnie błagał o litość.

- Szczerze wątpię – wykrzywiłem się, czując kolejną eksplozję w mojej głowie. W powietrzu unosił się subtelny zapach krwi.

Dlaczego…Czego on ode mnie chce?



* * *



Zaciągnął mnie na moją własną, ukochaną salę tortur. Ale tym razem, czując lodowaty chłód metalowego blatu stołu nie byłem spokojny. Stopniowo ogarniał mnie paraliżujący strach. Strach przed tym, co się ze mną stanie. Przymknąłem oczy, starałem się uspokoić. Nie mogłem i nie chciałem pozwolić, żeby ogarnęła mnie panika.

Coś zazgrzytało złowieszczo. Szarpnąłem się, otwierając oczy i spoglądając na idiotę, który mnie tu przytargał. Nie dam mu satysfakcji. Nie będę wrzeszczeć. Nie będę.

- Nie rób takiej miny – rzucił obojętnym tonem mój oprawca – I nie patrz tak na mnie, bo ci wyrwę te śliczne oczka. A jak się będziesz rzucał, to zajmę się tobą tak, że cię ten twój ukochany nie pozna, gdy się tu zjawi.

W tym momencie wreszcie dotarło do mnie, po co to wszystko. Oni chcieli mieć Ethana. A ja…ja byłem tylko przynętą. Ale on jest bezpieczny. Nic mu nie zrobią.

- Ethan nie jest idiotą – powiedziałem cicho – Nie wpadnie w waszą pułapkę.

- Przeceniasz go, mała żmijo. Przyleci tu zaraz, gdy się dowie, jak bardzo cierpisz.

Zgrzyt, szarpnięcie.

Zacisnąłem z całej siły zęby. Nie dam mu satysfakcji…Nie….Chociaż…To boli…



* * *



Nie mam pojęcia, ile czasu trzymał mnie na sali. Chyba długo. Pamiętam jedynie potworny ból, przed którym nie było ucieczki. I szyderczy śmiech.

Zgrzytnęły drzwi, z całej siły uderzyłem o wilgotną, kamienną podłogę. Jęknąłem. A mój oprawca przyklęknął obok, szarpnął mnie za włosy i brutalnie pocałował. Wzdrygnąłem się z obrzydzenia.

- Do zobaczenia potem, mała żmijo – rzucił wychodząc. Przekręcił klucz w zamku, a potem nastała cisza.

Nie byłem w stanie się ruszyć, nawet najmniejszy oddech sprawiał ból. Czułem, że cały jestem we krwi. Mojej własnej krwi. Ale to też przestawało już mieć jakiekolwiek znaczenie.

Po dłuższej chwili stwierdziłem, że chce mi się pić. Miski z wodą nie było. I nie sądziłem, żeby miała się pojawić. W końcu jestem tylko...przynętą… Moje życie się nie liczy.

Bogowie, to boli…I tylko…tylko gdzieś głęboko w sercu czuję radość…Pomimo tego bólu jestem szczęśliwy... Bo Ethan…Ethan jest bezpieczny…I nigdy go nie dostaną.

Nigdy go nie skrzywdzą.

Komentuj(3)


godz: 20:25 data: 2007.05.28


Uhm. Spotkałem Variela, męża Arinae. A może raczej lepiej byłoby powiedzieć, że to on mnie spotkał. I był taki…miły. To niezwykłe, że ktoś, kogo prawie nie znam, jest dla mnie miły…Ale…Bogowie, on jest taki mądry. Znaczy, mówi takie mądre rzeczy… I…i chyba nie uważał, że moje problemy są głupie, ani nic…Naprawdę starał się mnie pocieszyć…To było naprawdę miłe…

Ja…Chciałbym mieć takiego przyjaciela…



* * *



Powoli zwlokłem się z łóżka. Koraliki od Kennetha leżały rzucone na biurku. Delikatnie podniosłem je i założyłem na szyję. Mimo wszystko nie potrafię się z nimi rozstać… Jeszcze nie…Może…Może kiedyś.

Ale teraz… Teraz Kenneth nie jest już ważny. Muszę przestać o nim myśleć.
Muszę…Chociaż to trudne, muszę zaliczyć go do przeszłości…I zapomnieć.

Teraz liczy się jedynie Ethan…I muszę pokazać mu, jak bardzo go kocham. Teraz…Muszę teraz do niego iść. Pewnie martwi się o mnie… A ja nie chcę przysparzać mu zmartwień. Poza tym…Już czas wrócić do niego z radosnym uśmiechem. Tak, jak obiecałem.



* * *



Zawahałem się przez chwilę, stojąc przed drzwiami. Generalnie pomysł nie był zły, ale…Nie wiem. Nie lubię kłamać. Nawet jeżeli to tylko niewinne małe kłamstwo. Cóż. Tak zostałem wychowany. Zawsze mówić prawdę.

Zapukałem grzecznie, wszedłem do środka. Irmandil rzucił mi zupełnie do niego nie pasujące spojrzenie pod tytułem „Idź stąd i nie wracaj, bo tego pożałujesz.” Nieznacznie spuściłem głowę, czując na sobie jego wzrok.

- Lilia prosi do siebie Ethana – powiedziałem cichutko – Podobno to coś ważnego.

- A możesz głośniej?
- Lilia chce, żeby Ethan do niej przyszedł. Teraz. Natychmiast.

- No, to rozumiem. Skoro Lilia tego chce…Tylko nie porwij go po drodze.

- O, wypraszam sobie. Jeszcze nigdy nikogo nie porwałem – prychnąłem.

- Mniejsza z tym. Idźcie już.

Dopiero po przejściu dobrych kilku metrów korytarza odważyłem się spojrzeć na Ethana.

- To…Co robimy? – spytałem nieśmiało.

- Muszę iść do Lilii, no nie?

- W zasadzie to…nie. Lilii nawet nie ma teraz w pałacu.

- Że co?

- Chciałem cię gdzieś wyciągnąć. Co powiesz na ogrody pałacowe? Tam chyba nikt nie będzie nas szukał.

Przez kilka sekund patrzył na mnie ze szczerym zdumieniem.

- Jesteś niezwykły – roześmiał się w końcu, całując mnie w policzek – Dziękuję.

- Nie ma za co. Nie pozwolę, żebyś się przepracowywał.



* * *



- Maaaatko, jaki upał… - jęknął Ethan, malowniczo przewracając oczami, jakby zaraz miał zemdleć. Leniwie podniósł się z bujnej, jasnozielonej trawy i zdjął koszulkę, rzucając ją na bok. Spojrzał na mnie tak jakoś…dziwnie.

Spuściłem wzrok, czując, że się czerwienię. Niech…Niech on tak na mnie nie patrzy…Czuję się, jakby to jego spojrzenie zniewalało moją duszę. Jakbym topił się w głębi jego oczu, nie mogąc znaleźć ratunku. Zapadam się coraz głębiej, wiedząc, że w tym momencie zrobiłbym dla niego wszystko. Gdzieś w środku robi mi się tak potwornie gorąco. Nie potrafię się temu przeciwstawić. I właściwie…Nie chcę.

- Ethan, zwariuję przez ciebie…- westchnąłem. Roześmiał się tylko. Przybliżyłem się odrobinkę, nieśmiało pocałowałem go. Gdy już miałem się cofnąć, przytrzymał mnie za koszulę. Czułem jego palce, powoli rozpinające guziki. Wciąż się uśmiechał, jednak tym razem jego spojrzenie było pytające. Doskonale wiedział, że słowa nie są potrzebne…

Pokręciłem wolno głową.

- Nie…Nie teraz, słońce…- powiedziałem cichutko – Nie teraz i nie tutaj…Później. Będziesz mnie miał całkiem na własność i zrobisz ze mną co tylko ci się spodoba. Ale później.

Wiedziałem, że mnie posłucha. I że nie będzie miał mi tego za złe.

Wtuliłem się w jego ramię. Bogowie…To wszystko jest takie cudowne…

Dookoła życie toczy się normalnym rytmem, z oddali dobiega szczękanie nożyc ogrodnika, przycinającego trawnik. Zwyczajny odgłos, a jednak w tym momencie dziwnie nierealny. Do tego stopnia nierealny, że aż się roześmiałem. Było mi tak dobrze, tak…bezpiecznie.

- Dziękuję… - spojrzałem Ethanowi w oczy.

- Za co? – zdziwił się.

- Za to, że jesteś. Za to, że twoje spojrzenie doprowadza mnie do szaleństwa. I wreszcie za to, że za chwilę mnie pocałujesz…



* * *



- Mmm…Cahir?

- Słucham?

- Czy to ‘później’ jest już teraz…?

- Nie, słońce. Jeszcze nie.

- Dlaczego? – znowu rzucił mi to niezwykłe spojrzenie.

- Bo teraz…Teraz pójdziesz do domu i zajmiesz się Val i Carlottą. I dasz ode mnie Valentine mały prezent… – podałem mu bukiecik maków – A potem wrócisz do mnie i…zobaczymy co dalej…



* * *



Korzystając z faktu, że Ethan na jakiś czas wrócił do domu, wyruszyłem na mały spacer po pałacu. Jak zwykle, na początku wpadłem do kuchni. Od dziewczyn tam pracujących można wyciągnąć czasem naprawdę fascynujące informacje. Tylko trzeba wiedzieć, jak się z nimi obchodzić…Osobiście nie mam z tym problemu. Wystarczy, że spojrzę, uśmiechnę się, czasami pomogę, lub dam jakiegoś kwiatka. A czasem wystarczy po prostu dobre słowo, które dziewczynę podniesie na duchu. I wystarczy.

Stukot obcasów na posadzce. Otwarły się drzwi i do kuchni wpadła jedna z pokojówek.

- Pani Lilia wróciła! – wyrzuciła z siebie – Wróciła z Kryształowego Miasta i…nie zgadniecie, co!

- Mów, szybko! – Laurenn, jedna z młodszych kucharek natychmiast do niej podbiegła.

- Pani Lilia…Przywiozła ze sobą jakiegoś chłopaka! – tu nastąpiła dramatyczna pauza – I to jakiego!

- Jakiego, jakiego? – po kątach rozległy się szepty.

- Zupełnie nie z tej ziemi! Włosy ma czarne jak noc, a oczy bladoniebieskie, błyszczące jak jakieś magiczne ogniki! Na twarzy nosi czarną maskę z takimi srebrnymi wzorami, i ubranie też czarne, z rękawami obszytymi srebrną niteczką! I…Och, on wcale się nie odzywa! Milczy jak grób! Całkiem!

- Myślicie, że to ktoś ważny? Może jakiś czarodziej? – pisnęła Laurenn.

- A przystojny chociaż? – padło pytanie.

- No nie wiem, musiałby maskę zdjąć, żebym zobaczyła…

- Może ma jakąś bliznę, którą chce ukryć?

- Nie sądzę – wtrąciłem się do dyskusji – Z opisu wynika, że to po prostu Strażnik.

- Strażnik? – wszystkie twarzyczki zwróciły się w moim kierunku.

- Co wy, dziewczyny, legend nie czytałyście nigdy? – zdziwiłem się – Każda Biała Czarodziejka ma swojego Strażnika. To taki…osobisty ochroniarz. Strażnicy są do swojej roli szkoleni od najmłodszych lat. A ta maska i milczenie…To jest związane z tradycją i ich regulaminem. Tak samo jak wygląd. Strażnikiem może zostać tylko czystej krwi elf, o niebieskich oczach i czarnych włosach. A teraz wybaczcie moje drogie panie, ale już was opuszczę…



* * *



Wpadłem do pokoju Arinae bez pytania, zapominając nawet zapukać. Jeśli Ari naprawdę miała Strażnika…Bogowie, zawsze chciałem kogoś takiego zobaczyć na własne oczy. Te legendy i historie o nich były jedną z moich pasji w czasach Akademii.

Och, zapominam o dobrym wychowaniu! A niech to!

- Uhm. Witaj Lilio! – ukłoniłem się, posyłając też uśmiech Varielowi – Wybaczcie, że tak wpadam nagle i bez pukania, ale słyszałem, że…O, bogowie… - Strażnik rzeczywiście był. Stał z boku, nie rzucając się w oczy i pustym, wypranym z emocji wzrokiem wpatrywał się przed siebie. To było trochę…straszne. Ale cóż. Był…dokładnie taki, jak sobie wyobrażałem.

- No tak… - roześmiała się Arinae – Zapomniałam, że tak fascynujesz się legendami.

- On jest wspaniały! – podszedłem do Strażnika – Witaj, jestem Cahir Nakai. Miło mi cię poznać – ukłoniłem się. Pozostał tak samo nieruchomy i nic nie wskazywało na to, że mnie zauważył.

- Z równym skutkiem mógłbyś zapoznawać się ze ścianą… - mrunął Variel.

- Nevan, nie bądź niemiły! – oburzyła się Ari – Seth tylko przestrzega regulaminu!

Oni są uroczy.

Z delikatnym, nieśmiałym uśmiechem spojrzałem w te lodowate, niebieskie oczy.

- Jesteś wspaniały, Seth… - szepnąłem.



* * *



Po krótkim ‘zapoznaniu’ ze Strażnikiem wpadłem do swojego pokoju. Poukładałem ładnie poduszki, zapaliłem świeczki i kadzidełka.

Pomieszczenie wypełniło się delikatnym zapachem róż, powoli docierającym do każdego kącika.

To teraz…teraz pozostaje tylko czekać na Ethana…I zobaczymy, co dalej…

Komentuj(3)