Padało już od tygodnia, niemal bez przerwy. Deszcz miarowo uderzał
o szyby, wystukując swoją monotonną melodię. Za oknami było szaro, ciemno i ponuro.
Pogoda zniechęcająca do opuszczenia własnego pokoju, a jednocześnie wprost idealna do czytania starych legend w towarzystwie parującego kubka herbaty. Najwyraźniej jednak nie dane mi było poświęcić się całkowicie tej rozrywce.
Drzwi otwarły się z hukiem, uderzając o ścianę.
- Cahiiir…
- Co? – spytałem, podnosząc głowę znad książki. Ethan patrzył na mnie z czarującym uśmiechem, migoczące płomienie świec odbijały się w jego oczach. Objął mnie delikatnie ramieniem.
- Sprawę mam – oznajmił.
-Jaką?
- Bo widzisz…Val dziś wieczorem wybywa na Ziemię i wraca dopiero jutro, a mnie Irmandil dowalił tyle roboty, że masakra.
- Iiii…?
- Popilnujesz dziś Carlotty?
- A opiekunka?
- Ma dzień wolnego.
Westchnąłem ciężko.
- Zgoda.
Roześmiał się, pocałował mnie i już go nie było. Odłożyłem książkę.
Bogowie…Przecież ja w zasadzie nawet nie lubię dzieci.
***
Carlotta patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi, poważnymi oczami, tak podobnymi do oczu Ethana, a jednocześnie o wiele chłodniejszymi.
Z drobnymi, bladoróżowymi usteczkami i burzą czarnych loczków wyglądała jak mała, słodka laleczka, jednak w jej spojrzeniu było coś takiego…niepokojącego. Małe dzieci nie powinny patrzeć w ten sposób. Może właśnie dlatego czułem się w jej towarzystwie nieswojo.
Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, na czym polega pilnowanie dzieci
i co powinienem zrobić, więc po prostu wziąłem ze stołu plik kartek papieru i kredki, podałem je małej.
- Zajmij się sobą jakoś – mruknąłem i wycofałem się na bezpieczną pozycję w kącie pokoju, gdzie spokojnie mogłem wrócić do przerwanej wcześniej lektury.
***
Coś nie dawało mi spokoju.
Podniosłem głowę znad książki i od razu natrafiłem na przenikliwe spojrzenie Carlotty. Mimowolnie zadrżałem. To dziecko potrafiło być przerażające.
Odłożyłem pożółkły tom na bok, podszedłem do małej i usiadłem naprzeciwko niej na podłodze.
- Przestań tak na mnie patrzeć – jęknąłem – Czemu ty nie możesz spokojnie zająć się sobą, jak każde normalne dziecko? Narysuj kotka, pieska, domek…cokolwiek! Nie wiem co dzieci w twoim wieku rysują.
W odpowiedzi przekrzywiła tylko nieco głowę, ani na chwilę nie spuszczając wzroku. Po chwili uniosła rękę i oskarżycielskim gestem wycelowała we mnie jeden ze swoich małych paluszków. Na dnie jej oczu czaiło się coś dziwnego, ciężkiego do opisania, co wywoływało
u mnie stan graniczący niemal z paniką. Mój umysł zalewały myśli, które do tej pory czaiły się niewypowiedziane i niesprecyzowane gdzieś w najdalszych zakątkach mojej psychiki. Miliony myśli, tysiące wątpliwości, wyrzuty sumienia. Zamknąłem oczy, aby uwolnić się od jej spojrzenia.
Bogowie…To tylko dziecko. Małe, niewinne dziecko. A ja się jej boję.
Zacisnęła drobną rączkę na kosmyku moich włosów i szarpnęła, jak to dzieci mają w zwyczaju.
Syknąłem cicho i nie do końca panując nad tym co robię zerwałem się z podłogi, wpadając na stojące z tyłu krzesło i razem z nim lądując na posadzce gdzieś w okolicach stołu. Przed oczami zawirowały mi jasne plamy.
- Możesz mi wytłumaczyć, co ty wyprawiasz? – Ethan stał w drzwiach, patrząc na mnie z nieskrywanym zdumieniem. Carlotta natomiast zanosiła się radosnym chichotem, skromnie zasłaniając usteczka dłonią.
- Usiłuję zapaść się pod ziemię – jęknąłem.
Ciche westchnienie, kroki.
Mój ukochany przyklęknął obok mnie, delikatnie dotykając mojego policzka.
- Cahir, co się z tobą dzieje? – spytał łagodnie.
Nie odpowiedziałem. Powoli podniosłem się, wtuliłem twarz w jego ramię, czując jak stopniowo zalewa mnie fala spokoju. A potem gdzieś mojej głowie zamajaczyło wspomnienie oskarżycielskiego spojrzenia Carli. Gwałtownie wstałem, ruszyłem w kierunku drzwi.
- Muszę już iść – rzuciłem krótko i już mnie nie było.
***
Kolejny dzień upłynął mi na rozmyślaniach. W jakiś sposób poprzedni wieczór skutecznie przywołał wszystkie lęki, które od dłuższego czasu bezcelowo starałem się zagłuszyć.
W momencie wróciła niepewność, pewien rodzaj lęku, który w pewnym stopniu towarzyszył wszystkim moim decyzjom.
Bo tak naprawdę…Co ja właściwie najlepszego robię? Prawda jest taka, że Ethan ma żonę i dziecko. A ja…ja w pewien sposób to wszystko niszczę. Ingeruję bezczelnie w ich życie, żeby zaspokoić własne, egoistyczne zachcianki. Valentine jakoś to znosi. Ale Carlotta? Bogowie, przecież ona niedługo zauważy, że coś jest nie tak. Ona już teraz to zauważa.
Jakie ja mam prawo, by niszczyć jej rodzinę, zatruwać jej dzieciństwo? Co potem z tej małej wyrośnie?
Westchnąłem cicho i wyszedłem z pokoju. Bezcelowe błąkanie się po korytarzach pałacu w jakiś sposób trochę mnie uspokajało. Może przez tą wszechobecną ciszę, panującą tu od kiedy Lethean i Lilia wybrali się na małe wakacje do Kryształowego Miasta. Życie tutaj chwilowo zamarło, wszyscy pogrążyli się we własnych sprawach. Tylko czasami echa głośniejszych rozmów odbijały się w korytarzach, docierając do uszu przypadkowego słuchacza.
Zatrzymałem się przed jednymi z bogato zdobionych drzwi, ledwo rejestrując, że prowadziły one do gabinetu Irmandila. Nie mając nic lepszego do roboty oparłem się o ścianę i przymykając oczy zacząłem nasłuchiwać, co dzieje się w pomieszczeniu.
Szmer papierów. Szepty. Monotonne pytania. Odpowiedzi.
Standardowa, nudna rozmowa kwalifikacyjna. Najwyraźniej znów się ktoś przybłąkał
z nadzieją, że dostąpi zaszczytu dostania się w szeregi naszych szpiegów. Przychodzi takich wielu, w większości podejrzane typy prosto z ulicy, nie mające nawet pojęcia o tym zawodzie, albo smutni chłopcy o wyglądzie smętnych urzędników, którzy tego pojęcia mają jeszcze mniej. Ciekawe, kto tym razem…
Szuranie krzesła. Odmowa. Kroki.
Oderwałem się od chłodnych kamieni udając, że tylko przypadkiem przechodzę nieopodal. Drzwi otwarły się niemal w tej samej chwili, ukazując moim oczom pechowca, który nie znalazł dziś zatrudnienia. W pierwszej chwili w oczy rzuciła mi się postrzępiona, wyblakła peleryna w odcieniu niegdyś pewnie w odcieniu ciemnego bordo, teraz wypłowiała od słońca. Spod niej wystawał skraj czarnej koszuli, haftowany w jakieś dziwne, jaskrawe wzory i kołysząca się przy równie pstrokatym pasku zmaltretowana, skórzana torba.
Właściciel tego osobliwego stroju rzucił mi przelotne spojrzenie, odgarniając ciemnorude włosy z oczu, a może raczej oka, bo drugie zasłonięte było brązową przepaską, po czym bez słowa ruszył w kierunku wyjścia z pałacu, zostawiając mnie w stanie totalnego osłupienia.
Po kilku chwilach trwania nieruchomo przy drzwiach ruszyłem za nim, tknięty jakimś niejasnym przeczuciem.
- Czekaj! – zawołałem, doganiając go w połowie korytarza.
Odwrócił się powoli, jednak nie odezwał się.
- Eee…Więc, no… - wykrztusiłem niepewnie – Ja…ja chyba cię znam. To znaczy…nie znam, ale kojarzę.
- Doprawdy? – spytał grzecznie. Głos miał niezwykle cichy i łagodny, a jednocześnie nie zdradzający żadnych emocji.
- Kiedyś chyba widziałem cię w Akademii. Raz, tak przelotem. Profesor potem nam tłumaczył, że jesteś bliskim znajomym generała Aelina i czasem pomagasz mu zdobywać jakieś informacje.
- Mhm.
- Starałeś się o pracę u Irmandila, prawda?
- Tak.
- Nie przyjął cię? – zdziwiłem się.
- Jak widać.
- Dlaczego? Przecież…
- Brak odpowiednich kwalifikacji – przerwał mi – I pewnie kilka innych rzeczy – nieśmiało musnął palcami przepaskę na oku.
- Mogę z nim porozmawiać, może zmieni zdanie.
- Dziękuję, ale to chyba nie ma większego sensu. Muszę już iść.
Jak gdyby nigdy nic ruszył w kierunku wyjścia.
- A…Zaczekaj! – zawołałem za nim – Spotkamy się jeszcze?
- Skoro tego chcesz, Cahirze Nakai… - odpowiedział cicho. Na jego ustach zamajaczył grymas, który chyba można by nazwać lekkim uśmiechem. A potem zbiegł po schodach, znikając w bramie, zanim zdążyłem chociażby zdziwić się, że zna moje imię.
***
Wieczorem dostałem list. Drobne litery układały się w dwa słowa. Połowa Księżyca.
Mając cichą nadzieję, że słusznie kojarzę tą nazwę z niewielką karczmą w pobliżu centrum miasta, porwałem torbę i wypadłem z pokoju, w drzwiach wpadając na Ethana.
- Przepraszam, ale mam już plany na dzisiejszy wieczór! – zawołałem w biegu i ruszyłem do wyjścia.
***
Spojrzałem na kołyszący się nad moją głową szyld. Ciemna sylwetka pod latarnią, nad jej głową półksiężyc. W tle budynki. I wypisana zacierającymi się literami nazwa.
Utwierdzając się po raz kolejny w przekonaniu, że to na pewno tutaj, nacisnąłem klamkę
i wszedłem do środka. W momencie otoczył mnie ciepły półmrok, rozjaśniony jedynie rozedrganymi światełkami kolorowych lampek. W powietrzu unosił się duszny zapach kadzidełek. Karczmę wypełniał charakterystyczny zgiełk, wzbogacany od czasu do czasu wybuchami śmiechu i stukaniem kufli piwa o blaty stołów. Gdzieś na drugim końcu sali ktoś śpiewał zupełnie mi nieznaną piosenkę, ku uciesze pozostałych gości. Wciąż stojąc
w drzwiach rozejrzałem się niepewnie.
- Nie gap się tak, zwracasz na siebie uwagę – rozległ się szept tuż koło mojego ucha – Wtapiaj się w tłum, nie wyróżniaj się.
Mój nowy znajomy pojawiając się znikąd poprowadził mnie wzdłuż ściany do małego stolika stojącego w kącie. Usiadłem, nieco oszołomiony atmosferą miejsca, w którym przyszło mi się znaleźć. Dosłownie w tym samym momencie obok mnie wyrósł jak spod ziemi karczmarz.
- Co podać? – spytał z pogodnym uśmiechem.
- W…wino – wykrztusiłem pierwsze, co przyszło mi na myśl.
- Już się robi! – zanotował coś w swoim notesie, po czym obrócił się do mojego towarzysza i wycelował w niego palcem – Ciebie nawet nie pytam, masz u mnie takie długi, że chyba do końca życia ich nie spłacisz – oznajmił, po czym odmaszerował do innego stolika.
Mój znajomy westchnął tylko, wbijając wzrok w blat stołu.
- Umm…Zamów coś, ja zapłacę – zaoferowałem, mając nadzieję, że się nie obrazi.
- Litości…Znamy się zaledwie od kilku godzin, nie mogę zaczynać znajomości od długów – jęknął.
- To nie będzie dług, nie musisz oddawać, naprawdę!
- Dziękuję, ale nie.
Zapanowała niezręczna chwila ciszy. Czułem się nad wyraz głupio i nie na miejscu, w dodatku milczenie wydawało mi się jeszcze bardziej niestosowne, a żaden sensowny pomysł zaczęcia rozmowy nie pojawiał się w mojej głowie. Poczułem, że się czerwienię.
- J…jak ty właściwie masz na imię? – wypaliłem w końcu, doznając nagłego olśnienia.
Spojrzał na mnie badawczo, opierając głowę na dłoni. Wyraz jego twarzy wciąż pozostawał tak samo nieodgadniony.
- Zadajesz trudne pytanie, Cahirze Nakai. Trudne, bo znajomość czyjegoś imienia daje władzę nad tą osobą…
Jęknąłem w duchu. Nie mam dziś szczęścia do taktownych rozmów.
- …jednakże ja nie do końca wierzę w te brednie – dokończył – Mam na imię Caerdin.
- Ładnie.
- Imię jak imię. Normalne. Opowiedz mi coś o mieszkańcach pałacu, proszę.
- Zaraz… Po co ci takie informacje?
- Nie ufasz mi do końca - spojrzenie czekoladowego oka wyrażało aprobatę – Bardzo dobrze. Widać, że jesteś czujny, analizujesz co się do ciebie mówi. To się ceni. Ale ja nie chcę informacji. Powiedzmy, że…nie jestem na bieżąco z polityką. Chcę wiedzieć, co się zmieniło.
- To zależy, co dokładnie chcesz wiedzieć.
- Biała Czarodziejka. Teraz jest nią ta cała Lilia, tak?
- No…tak.
- Wiem, że uczyła się u Cristal. Radzi sobie jakoś?
- Lilia radzi sobie świetnie. Niektórzy mówią, że jest lepsza niż poprzednia Biała Czarodziejka – odparłem nieco urażony jego tonem.
- A…król? Lethean River to ostatnia osoba, którą widziałbym na tronie.
- Na szczęście nie od ciebie to zależy – wyrwało mi się – Czy ci się to podoba, czy nie, nasz król radzi sobie bardzo dobrze wbrew plotkom, które rozsiewają jego przeciwnicy.
Spojrzał na mnie w taki sposób, jakbym co najmniej uderzył go w twarz. Po chwili z dziwnym smutkiem opuścił głowę, wbijając wzrok w blat stołu i nerwowo musnął palcami krawędź peleryny.
- Przepraszam – powiedział cicho – Nie chciałem nikogo obrazić. Po prostu…Lethean, którego znałem był zbyt wolny, zbyt niezależny, by dać się zamknąć w pałacu. Nie spodziewałem się tego.
- Znasz Letheana? – zdziwiłem się.
- Mieliśmy okazję się poznać. Chociaż on pewnie już tego nie pamięta.
W tym momencie naszą rozmowę brutalnie przerwał karczmarz, z hukiem stawiając przede mną kielich wina. Widząc jego naglącą minę, sięgnąłem do kieszeni po drobne i zapłaciłem.
Caerdin w tym czasie wyciągnął z torby niewielką buteleczkę, odkręcił zakrętkę i niemal mechanicznie wypił kilka łyków. W powietrzu zawisł mdły zapach ziół.
- Co to? – spytałem.
- Nic.
- Ale…
- Nic istotnego - rozejrzał się dookoła z ledwo dostrzegalnym zaniepokojeniem, po czym znów rzucił mi kolejne ze swoich nieprzeniknionych spojrzeń – Proszę, opowiedz mi…Opowiedz mi coś.
- Co?
- Cokolwiek. Po prostu mów.